· Niedziela, 20 Sierpień 2017 ·

Strona główna

::: ARTYKUŁY PRASOWE :::



IV Międzynarodowa Konferencja Czarnych Pasów Banff 2004

Alberta, Canada


     Stało się już chyba tradycją, że kiedykolwiek biorę udział w jakiejś ciekawej wyprawie, tu lub tam, zamieszczam w Internecie odpowiednie sprawozdanie z tego wydarzenia. Sprawozdanie niniejsze dotyczy jednej z ciekawszych wypraw, która aczkolwiek niezwykle krótka, zawierała w sobie taki ładunek emocji, wysiłku fizycznego, wspaniałej organizacji, piękna krajobrazu, sprzyjającej aury, i tajemnicy duchowej, że nie zamkniecie tego w formie sprawozdania do wiadomości tych z Was, których tam nie było, byłoby wielkim błędem z mojej strony. Dlatego siadam do pisania, zaledwie dzień po powrocie z Banff, Alberta, gdzie spędziłem ostatni weekend, jeden z najciekawszych weekendów w moim życiu. 
     (Muszę tutaj dodać jednak, że aczkolwiek tekst ten ukazuje się w publikacji Kyokushin Karate, jest on przeznaczony również dla niewtajemniczonych, stąd też może wydawać się bardziej ogólny niż techniczny, za co moich Kyokushin-czytelników z góry przepraszam...)
     Już w styczniu (zgodnie z przepisami) postanowiłem (prawdopodobnie przeciw zdrowemu rozsądkowi...) złożyć aplikację na dopuszczenie mnie do testu na Trzeci Dan (trzeci stopień czarnego pasa...) w Kyokushin Karate, w trakcie planowanej na październik Konferencji Czarnych Pasów z całego Świata, w Banff, Alberta, Kanada. Ryzykowne to przedsięwzięcie, bowiem nie tylko fakt, że warunki takiego testu przekraczają wyobrażenie niewtajemniczonych, nie tylko, że to dość kosztowne, ale trzeba nie zapominać również o tym, że niżej podpisany aplikant, zabierający się za to, przekroczył już dawno wiek, w którym człowiek poddaje się takim aspiracjom, nie mówiąc już o nadziei na pozytywne z tego rezultaty.
     Kilka słów o Kyokushin Karate dla niewtajemniczonych: Jest to bodaj najbardziej wymagający, i najbardziej twardy styl karate, zapoczątkowany przez wielkiej sławy Sosai Masutatsu Oyama, który zdobył sobie popularność na całym świecie, głównie wśród tych, co to nie łamią się przed niczym... (nawet dopuszczalnymi kopnięciami w głowę...). Jeśli ja znalazłem się, już temu 23 lata, w gronie karate-ka Kykushinu, było to dla mnie nie mniejszym zaskoczeniem niż pewnie dla moich instruktorów; bo, po co on się tam pcha...? A jednak... Jest widać, bowiem coś w przypowieści o tych, co to: "młoteczkiem, dzień po dniu, kują te gwoździczki", że jeśli miałem śmiałość stanąć w gronie innych testantów, aspirując po trzeci dan, to widać jednak coś się stało, że... Bo czy ktoś z państwa wchodził był kiedyś na... powiedzmy... Mt. Everest...? I to odwróconą do-góry-nogami...? Musicie, bowiem wiedzieć, że piramida trudności testu jest nieproporcjonalnie większa za każdym następnym stopniem wtajemniczenia... Taki to jest ten Kyokushin Karate, i takie są te kolejne stopnie tych czarnych pasów... Zrobiłem jednak bardzo ważne i bardzo charakterystyczne dla Kykushinu założenie a priori: Że, jeśli zdam, to powiem (zgodnie z tradycją filozofii tego systemu...), tradycjonalne tylko: OSU...! A jeśli nie zdam, to również tak samo powiem, także tradycjonalnie tylko: OSU...! I koniec... Jest, bowiem ukryte w filozofii karate-do, a i niewątpliwie wywodzące się z filozofii Zen, założenie, że... i tu może użyję bardziej okcydentalnego autorytetu, Pierre Frédy, Barona de Coubertin, że "NAJWAŻNIEJSZĄ SPRAWĄ W ŻYCIU JEST NIE TRYUMFOWAĆ, A BRAĆ UDZIAŁ...!" 
     A teraz kilka słów o Banff, Alberta (www.discoverbanff.com): Rzucone pomiędzy najwspanialsze szczyty Kanadyjskich Gór Skalistych miasteczko Banff jest unikatem i urbanistycznym, i ekonomicznym, i socjologicznym, i artystycznym. Weźmy po kolei: 
     Urbanistycznie Banff jest bodaj najbardziej kontrolowanym miastem w Północnej Ameryce... O... Nie...! Nie wolno w Banff stawiać byle czego, byle gdzie...! Wszystko ma mieć jednolity charakter zabudowy górskiej, i to nie alpejskiej, zakopiańskiej, czy innej turecko-nepalskiej, tylko ściśle banffskiej... Banff jest małe, takie kanadyjskie Zakopane, ale jakżeż intensywne, i jakżeż wczute w otoczenie skalistych szczytów,


tuż pod ręką, jakby namalowanych na bardzo dużym płótnie... 
     Ekonomicznie Banff jest też swoistym fenomenem... Główna ulica miasta (Krupówki, prawda...?), Banff Avenue, reprezentuje prawdopodobnie największe na świecie nasilenie komercjalne, zawalonych największej klasy towarem (sportowym, pamiątkowym, artystycznym itp...) punktów handlowych na świecie, plus niezwykła wprost ilość eleganckich i wygodnych hoteli, wszystko w granicach spaceru (i wszystko poza granicami możliwości finansowych normalnych ludzi...), nastawionych na kolosalny napływ turystów z całego świata, głównie z Japonii... 
     Socjologicznie Banff jest także nie mniejszym fenomenem. W Banff nie może mieszkać nikt, kto nie jest związany z miastem zawodowo, zarobkowo, czy handlowo, a ponieważ jest Banff wielkim centrum sportowym - zarówno w lecie jak i zimą - społeczeństwo tego miasteczka można określić jednym słowem: Młodość...! Banff jest miastem młodzieży, i to dążącej tam nie tylko z całej Kanady, ale i bodaj z całego świata... I to widać...! Kelnerka w restauracji, czy bagażowy w hotelu wyglądają jak by właśnie wrócili z kolejnej Olimpiady, uśmiechnięci, silni, gotowi... Dziwne, co...? 
     A artystycznie...? Banff Centre for the Arts (www.banffcentre.ca) jest nie mniej dziwacznym fenomenem... Ni to uniwersytet, ni to zespół artystyczny, ni to twórcze zacisze-odosobnienie... Umieszczony w lesie na zboczach ponad miastem, wyposażony w bardzo duży zespół sportowy, z salą koszykówki i basenem włącznie, z wielką jadalnią (i bardzo dobrym jedzeniem...), oraz z zespołem hotelowym, O...! Właśnie...! w stylu Banff... i z mnogością innych urządzeń, takich jak sala koncertowa, teatralna, itp. 
     Jest jeszcze jeden składnik tego Banff, bez którego nic pewnie by się nie stało: Jeff Hines (1 dan), kierownik Banff Dojo, lokalny przedsiębiorca, inicjator, sportowiec, i zapalony karate-ka, a poza tym fajny chłopak i kumpel... (www.kyokushin.ca)...
     No, to teraz, jeśli by zebrać razem wszystkie te wyżej wymienione składniki, złożyć je w jeden dosyć specyficzny agregat, z dołączeniem jeszcze większej ilości przeróżnych innych składników (pozostających poza możliwością wyliczenia ich w tym sprawozdanie...), to powstanie wydarzenie o takiej skali i wadze, że będziemy, uczestnicy tego, wspominali to przez długie lata, albo i potem...
 
     4 MIĘDZYNARODOWA KONFERENCJA CZARNYCH PASÓW BANFF, ALBERTA 2004 rozpoczęła się już w piątek, i zaraz po rejestracji, rozdzieleniu pokoi i odpowiednio zapakowanych pamiątek (ach, ten Jeff...!), zabrano się za nas już na pierwszym treningu. Shihan Seiji Isobe nadał od razu odpowiednie tempo, i okazało się, że można nawet w takich okolicznościach. A potem był wieczór w nocnych spelunkach Banff, przy akompaniamencie niezwykle rozmownych i roześmianych kelnerek, i... spać....! 
     Na pierwszy trening w sobotę, było mi bardzo trudno podnieść moje cielsko w ciszy górskiego lasu i porannych ciemności. Co więcej, ranny trening opiewał również na wspinaczkę na Tunnel Mountain, (www.canadasmountains.com) zaraz za Banff Centre, skąd rozciąga się widok na całą panoramę miasta, rozpiętą wirtualnie u stóp... 
     Podejście pod Tunnel Mountain, jest podobno 20 minutowe, i nawet zakosami bardzo strome, ale wystarczyło kilku durni (nie wyłączając mnie...), aby postanowili biec raczej niż wędrować noga za nogą... Pamiątkowe zdjęcie całej grupy u szczytu, na tle okolicznych gór i powrót na dół... No i kto znów przebiegł cały dystans...? Kto...? No, kto...? (Czyja to nózia, czyja...?). Pozostawiam to Waszej wyobraźni (z konsekwencjami poważnego obolenia kończyn dolnych, włącznie...)...
     Obozy karate, to ciężka robota... Trzy sesje treningowe dziennie... Co prawda jedzenie wspaniałe, łącznie z Sayonara Party w jednej z dyskotek Jeffa.  Już o 22:00


byłem w łóżku... Jutro, prawda, mój TEST...! 
     Kiedy nasza kongregacja testantów stanęła w obliczu egzaminatorów, pod egidą Kancho Shokei Matsui, i kiedy poddano nas grupowemu, a potem indywidualnemu testowaniu, nie miałem duszy na ramieniu, O, nie...! Byłem zaskakująco uosobieniem spokoju, i chociaż nie mogłem popisać się chodzeniem na rękach, tak jak Irek Tuniewicz (2 dan), z Toronto, ani zaliczeniem stu pompek (tylko 50...), i choć tu i tam coś mi się jednak kiełbasiło, spokój mojej duszy dominował mi cały czas. Koncentracja, tak...! Skupienie myśli, tak...! Wykonywanie zbiorowych ćwiczeń, tak...! Kata...?
     Program przygotowania do testu opiewa na, między innymi, 37 form kata, jedne proste, inne bardziej skomplikowane, ale każda inna i specyficzne w swoim układzie. Mogę tutaj bez zażenowania powiedzieć, że przygotowałem wszystkie te formy, w całej ich kompleksowości, pracując nad tym przez ostatni miesiąc, często po trzy, a nawet więcej godzin dziennie... Jeśli więc test opiewał tylko na dwie, to mogłoby wydawać się, że cały ten wysiłek poszedł na marne... O, nie...! Ten wysiłek był niezwykle potrzebny, nie po to by być wszechstronnie testowanym, tylko po to, żeby... wiedzieć...! Przypomina mi się tutaj wspomnienie, które słyszałem kiedyś od mojego druha i przyjaciela, Isamu Takahashi. Isamu studiował był kiedyś w tradycyjnej japońskiej szkole, w której - opowiadał mi - testy odbywały się następująco: Student stawał przed komisją egzaminacyjną, gdzie jego sensei pytał studenta: Czy nauczyłeś się wszystkiego, czego miałeś się nauczyć...? A kiedy student odpowiadał: Hai...! przechodził do następnej klasy, bez sprawdzianu. A kiedy, natomiast, odpowiadał przecząco: Iie...!, powtarzał kurs. I koniec...! Miałem ten system przed oczami, jeśliby bowiem zapytał mnie Kancho Matsui: Janie czy nauczyłeś się... itd... Moja odpowiedź byłaby jednoznacznie: Hai...! OSU...!
     A potem były walki. Dla nas, weteranów po 35. roku życia, sanju-nin kumite (30 walk) już nie aplikowało, ale musieliśmy pokazać naszą umiejętność walki w układach pomiędzy nami uczestnikami-staruszkami... No  poszliśmy... Czy było trudno...? Nie...! Trochę było w tym pokazówki, i nikt nikogo nie znokautował, ani nie wystąpiły poważne obicia członków, ale w pewnym momencie niżej podpisany poszedł jednak na całego... pędziłem mojego przeciwnika (przeciwniczkę...?) po całej sali... Skąd się to wzięło u tego intelektualisty, i czemu to przypisać, sam nie wiem...? Bo ja nigdy widzicie walczyć nie lubiłem, nigdy bójek nie wszczynałem, i teraz po tym teście na trzeci dan, sam zastanawiam się skąd po tych 23. latach treningu wzięła się u mnie taka waleczność w moim systemie psychofizycznym, i gdzie to pójdzie po zdanym (albo, nie zdanym...) teście... Wielka niewiadoma...? Tylko dwu aspirantów: Brad Gillespie i Sergiy Zhurid (z Ukrainy...), odbyło obowiązkowe sanju-nin kumite. Był to bardzo ciekawy pokaz męskości, wytrzymałości, sprężystości i zaparcia, a u mnie natężania głosu w dopingowaniu...
      W czasie testu nie pozwolono nikomu oglądać ani podgłądać procesu... Ale – widać Polak potrafi...! – i Włodek Polanica zrobił kilka zdjęć... Nie są zbyt dobre, bo przez szybkę, ale muszą świadczyć historii i niech świadczą... Był tylko jeden wyjątek: Jeff, jako organizator, miał specjalną dyspensatę i oglądał nasz test przez wszystkie 3 godziny... Po zakończeniu przeszedł koło mnie i burknął: Jan, you are incredible...! Są to najświętsze słowa, jakie usłyszałem od kogokolwiek od bardzo dawna... Thanks Jeff, you are also incredible… Jeden z testantów, Larry Robinson (3 dan), zasłużony wieloletni członek naszej Organizacji, zaraz po teście, już w hallu załamał się emocjonalnie, i płakał na ramieniu naszego Branch Chief'a... Był to jeden z bardziej wzruszających momentów tego testu. I ja też mam łzy w oczach to wspominając...

     Kiedy to piszę rezultatów jeszcze nie ma, ale ja, mój rezultat zapakowałem do tej skrzynki w mojej duszy, która należy do Zen... I tym chciałem się z Wami podzielić. 

Jan Tereszczenko, Kanada
16.11.2004


[INDEKS ARTYKUŁÓW]



© 1997-2017 Polska Oraganizacja Kyokushin Karate kyokushin, europe, kyokushinkai