· Piątek, 24 Marzec 2017 ·

Strona główna

::: BUDO KARATE :::

13.06.2008
SREBRO ZE ZŁAMANĄ RĘKĄ  

Anna Fajkowska z Bushi-do w Bydgoszczy wywalczyła srebrny medal podczas 42. Mistrzostw Europy Seniorów w Karate WKF w Tallinie. Jest to największy sukces w startach Polaków w ramach WKF. Tym większy, że w pojedynku finałowym utytułowana absolwentka gdańskiego AWF walczyła ze złamaną ręką. W Tallinie pokonała między innymi mistrzynię świata Turczynką Serap Ozcelik (2-1), a w półfinale brązową medalistkę MŚ Francuzkę Alexandrę Recchia (3-2).

- Zdaniem wielu obserwatorów, to pani powinna zwyciężyć w finale z Niemką Korą Knuehmann, wielokrotną medalistką mistrzostw Europy i świata.

- Od ocen podczas turniejów są wyłącznie sędziowie. Arbiter główny wskazał na mnie, ale o zwycięstwie Niemki zdecydowały głosy krzesełkowych.
- W 10 sekundzie tej walki Knuehmann wykonała bardzo silne kopnięcie, jak się potem okazało, łamiąc pani rękę. Mimo tego walczyła pani dalej, przetrwała nawet dogrywkę, która zresztą zakończyła się remisem. Można było zasygnalizować kontuzję. Wówczas Niemka zostałaby zdyskwalifikowana.
- W ferworze walki nie dochodziło do mnie, że mam złamaną rękę. Koncentrowałam się wyłącznie na pojedynku. Dopiero po jego zakończeniu, gdy nie mogłam nawet prawidłowo stanąć w pozycji kończącej, zrozumiałam, że odniosłam poważna kontuzję. Ból co prawda czułam wcześniej, sądziłam jednak, że wywołany jest on zbiciem, takim, jakie ma często miejsce na treningach. Nie myślałam o sygnalizowaniu czegokolwiek. Chciałam tylko walczyć i zwyciężyć. To były trudne zawody. Już w pierwszej walce spotkałam się z wicemistrzynią Europy Visnowską.
- Zdarzyło się już pani walczyć z kontuzją?
- Tak, przed trzema laty w Chicago, podczas mistrzostw świata w Shotokan. Wówczas miałam złamany nos. Wyglądało to bardzo poważnie, ale też przetrwałam walkę. W drużynie z Karoliną Grąbczewską oraz Martą Szymczak zdobyłyśmy tam złoty medal.
- Skąd u pani taki chart ducha?
- Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Trenuję bardzo ciężko, daję z siebie naprawdę wiele, bo karate jest największą moją pasją. Dużo zawdzięczam mojemu klubowemu trenerowi, którym jest Piotr Gołębiewski. To on ukształtował mój sportowy charakter. Do turniejów przygotowuję z chłopakami, dla których nie ma znaczenia, że jestem kobietą. Nie oszczędzają mnie. Być może wolę sportowej walki odziedziczyłam po rodzicach. Moja mam uprawiała siatkówkę, tata – biegi przełajowe.
- Pamięta pani pierwszą swoją kontuzję odniesioną podczas zawodów?
- Był to pierwszy turniej seniorski, w jakim brałam udział, w Pradze, na mistrzostwach świata w Shotokan. Miałam wtedy 18 lat.
- Czy tamto przykre zdarzenie nie zraziło panią do karate? Niektórzy, po takich doświadczeniach, decydują się startować wyłącznie w kata albo trenują karate wyłącznie rekreacyjnie.
- Zawsze, po odniesieniu kontuzji, myślę jedynie o tym, by wrócić do formy i znowu trenować. Karate uprawiam już piętnaście lat.
- Wkłada pani w treningi ogrom pracy, odnosi sukcesy, a jednak – w porównaniu z innymi sportowcami - specjalnych nagród za to nie otrzymuje. Co sprawia, że nieustannie ma pani ochotę wkładać tyle wysiłku w karate?
- Ale mam przecież stypendium sportowe…
- … siatkarki, koszykarki czy lekkoatletki, które reprezentują pani poziom wyszkolenia, także takie stypendia posiadają. Prócz niego, za zwycięstwa otrzymują jednak wartościowe nagrody i spore pieniądze od sponsorów.
- Jak wspomniałam wcześniej, karate jest moją pasją, miłością mojego życia. A jeśli coś się kocha, nie patrzy się na pieniądze i nagrody. Nigdy nie myślałam o zmianie dyscypliny. Co prawda trenowałam zarówno siatkówkę jak i koszykówkę, ale wybrałam karate.
- Plany na przyszłość?
- Raczej nie wyleczę ręki do lipcowych akademickich mistrzostw świata. W listopadzie są mistrzostwa świata w Tokio i tam chcę zdobyć medal.
- Trzymam kciuki.

Rozmawiał Wojciech Szczawiński

19.01.2007
NAGRODY DLA ZAWODNIKÓW ZE ŚWINOUJŚCIA  

Skontakuj się z nami: budo.karate@karate.org.pl

 

X plebiscyt na najlepszych sportowców na Wyspach

18.stycznia, w sali teatralnej MDK w Świnoujściu, odbyło się ogłoszenie wyników Plebiscytu na Sportowca Roku 2006 na Wyspach.
Jako pierwsze zostały przyznane nagrody w kategorii młodzieżowej (do 20lat). Zawodnicy Świnoujskiej Akademii Karate Kyokushin uplasowali się na bardzo wysokich miejscach pierwszej dziesiątki. Na uznanie zasługuje Marta Wypych, która do tej pory w plebiscytach dwukrotnie zajmowała najbardziej nie lubiane 4. miejsce. W tym roku znalazła się na miejscu 2.
Dodatkowo otrzymała najcenniejszą Nagrodę Publiczności za otrzymanie największej liczby punktów w głosowaniu publiczności.
Bardzo wysoką czwartą lokatę zajął Bartosz Jurczyk i tradycyjnie trzeci rok z rzędu otrzymał Nagrodę TV Słowianin dla najmłodszego zawodnika pierwszej dziesiątki oraz Puchar 44 (Świnoujście leży na 44 wyspach) ufundowany przez redakcję "Wyspiarza niebieskiego". W tej samej kategorii wiekowej Patryk Golczak zajął 6. miejsce, a Beata Lelek - 10.
W kategorii seniorów Magdalena Ilczuk zajęła 3. miejsce oraz otrzymała Puchar Komandora dla wybijającego się sportowca z rodzin wojskowych ufundowany przez Ryszarda Teterycza.

Gratulujemy zawodnikom Świnoujskiej Akademii Karate Kyokushin zajęcia tak wysokich lokat.

15.01.2007
ARCHIWUM WYDAŃ MAGAZYNU "BUDO"  

Tutaj znajduje się lista archiwalnych magazynów "Budo Karate"

15.01.2007
WYWIAD Z SENSEI KRZYSZTOFEM HABRASZKĄ  

                                                               

PUBLICZNOŚĆ ZAMARŁA

Jest magistrem inżynierem. Mieszka w Katowicach, na co dzień kieruje produkcją w częstochowskiej fabryce farb, a trenuje w Tarnogórskim Klubie Karate. 29-letni sensei Krzysztof Habraszka – bo o nim tu mowa – wywołał spory szok w świecie dalekowschodnich sztuk walki. Podczas tegorocznych tokijskich MŚ w kyokushin karate Polak może okazać czarnym koniem.

- Pod koniec listopada 2006 roku, na 38. Otwartych Mistrzostwach Japonii w Karate Kyokushin w Tokio, zajął sensei 4. miejsce. Medalu za nie nie dają, a jednak spowodował sensei, że 13-tysięczna publiczność zgromadzona w Yoyogi Stadium na moment zamarła. Pokonanie Kentaro Tanaki, aktualnego mistrza świata w kategorii ciężkiej, to wyczyn nie lada. W Tokio przyznano zresztą sensei nagrodę "Best Spirit" za największego ducha walki podczas tych zawodów.
- Moja walka z Tanaką była wyrównana. Czułem nawet, że ma nade mną przewagę. Kiedy przyklęknął podczas naszego pojedynku, w pierwszym momencie nie wiedziałem, co się stało. Sądziłem, że uderzyłem go w twarz i natychmiast zostanę zdyskwalifikowany. Dopiero po chwili, zerkając na powtórkę walki wyświetlaną na telebimie, zorientowałem się, że go kopnąłem. Po długiej naradzie sędziowie przyznali mi waza-ari.
- Dlatego występ sensei w Tokio był czymś niezwykłym dla mieszkańców kraju kwitnącej wiśni. Dla nich karate i inne sztuki walki to niemal religia.
- Japończycy nie mają sobie równych w światowym kyokushin. Są potęgą. Trening mentalny i techniczny doprowadzili do perfekcji. Nie-Japończykom trudno to pojąć i niezwykle rzadko zwyciężają japońskich karateków.
- Potrafi sensei konkretnie określić przyczyny swojego sukcesu?
- Praca, praca i jeszcze raz praca. Codziennie rano o piątej rano wyjeżdżam do pracy. Wracam z niej po piętnastej. Potem jadę na trening, który trwa do późnych godzin wieczornych…
- ... i nie ma sensei, bo o tym wiem, żadnych pieniędzy za sportowe sukcesy. A przecież Habraszka jest czterokrotnym mistrzem Europy!
- Cóż… To jest kwestia mojego świadomego wyboru. Kilka lat temu rozmawiałem na ten temat z moim klubowym trenerem. Uświadomił mi, że w karate są dyplomy, medale i puchary, ale innych gratyfikacji w nim nie ma. Brakuje sponsorów, a w mediach jesteśmy obecni rzadko. Mimo to poświęciłem się tej dyscyplinie. Zresztą wszyscy nasi trenerzy od początku tłumaczą ćwiczącym, że powinni się uczyć, zdobywać kwalifikacje zawodowe, bo z karate żyć się nie da. To jest dyscyplina dla ludzi inteligentnych. Mięśniaki z napakowanym ego szybko z niej rezygnują. Jestem bardzo zadowolony ze swojego życia. Moja narzeczona Dobrusia Sołtysik także trenuje kyokushin. Jest mistrzynią Europy. Uprawia je także mój brat i siostra.
- Na dwa tygodnie przed rozpoczęciem tokijskiego turnieju, wraz z Piotrem Banasikiem, trenował sensei pod okiem japońskich instruktorów. To pomogło?
- To była przede wszystkim wielka lekcja pokory. Sądziłem, że skoro jestem medalistą ME, moje japońskie szkolenie będzie miało jakiś poziom. Tymczasem właściwie ćwiczyliśmy tylko podstawy karate. Nie było żadnych sztuczek i fajerwerków. Co więcej – trening, na przykład, obejmował też sprzątanie sali treningowej, której nie porządkowano od ośmiu miesięcy. Koszmar. Wiem, że dla mentalności nie-Japończyka to trochę szokujące. Obecnie i tak wygląda to bardziej cywilizowanie, bo kiedyś takim jak ja golono tam głowy wręcz nimi – jak byśmy określili to w naszej kulturze - poniewierano. Ale instruktorzy z Honbu (centrala światowego kyokushin – przyp. ws) wiedzą, co robią. Dlatego w kyokushin uchodzą za niepokonanych. Zwycięstwo jest przecież przede wszystkim kwestią psychiki.
- Długo sensei trenuje karate? 
- 17 lat. Myślę, że istotne jest to, by startować jak najwięcej w zawodach. Nie tylko w Europie. To pozwala przełamywać w sobie bariery mentalne, bo często dzieje się tak, że stajemy naprzeciw zawodnika o innym kolorze skóry i to nas deprymuje. Zamiast koncentrować się na walce, zaczynamy myśleć: "Rany! On wygląda inaczej niż ja!". Z tego względu bardzo pomógł mi start w tegorocznych otwartych mistrzostwach obu Ameryk.
- Nim zmierzył się sensei z Tanaką, zwyciężył jeszcze pięciu Japończyków. Wierzył sensei w taki sukces?
- Szczerze mówiąc, nie. Sądziłem, że w Tokio przejdę jedną albo, najwyżej, dwie walki. Znam realia. Z Japończykami zwykle się nie wygrywa. Chciałbym serdecznie podziękować mojemu klubowemu trenerowi sensei Bogdanowi Lubosowi oraz trenerowi kadry narodowej shihan Andrzejowi Drewniakowi oraz jego asystentom. Bez nich tego wyniku bym nie zrobił. Nie zawsze byłem na szczycie. Czasami na turniejach wypadałem miernie, a jednak shihan Andrzej Drewniak ciągle na mnie stawiał. Nie po raz pierwszy okazało się, że ten szkoleniowiec ma szósty zmysł w doborze zawodników kadry. Dziękuję też mojej rodzinie, narzeczonej i wszystkim sparingpartnerom.
- Japończycy ściągają do siebie najbardziej utalentowanych zawodników. Przykładem tego jest chociażby Armeńczyk Artur Hovahannisian, któremu uległ sensei w walce o półfinał. Byłby sensei gotów zostawić swoje życie w Polsce i wyjechać na kilka lat do Tokio?
- Musiałbym to rozważyć. Tutaj jestem szczęśliwy i żyje mi się dobrze. Poza tym, nie ma o czym mówić, bo nikt do Honbu mnie nie zapraszał. Międzynarodowa Organizacja Kyokushin sfinansuje na razie mój udział w przyszłorocznych MŚ. Tyle wiem. To naprawdę ogromne wyróżnienie. Zamiast więc fantazjować, wolę ciężko trenować.
- Nieprędko pewnie będzie pana można zobaczyć na krajowych tatami. Zawodnicy z "półki" sensei zwykle startują tylko na MP i imprezach międzynarodowych. Cenią się.
- Mam do tego inne podejście. Najważniejsza jest praktyka i pokora. Wystartuję zatem w najbliższych mistrzostwach Śląska.

                                                                                               Rozmawiał Wojciech Szczawiński








© 1997-2017 Polska Oraganizacja Kyokushin Karate kyokushin, europe, kyokushinkai