· Niedziela, 20 Sierpień 2017 ·

Strona główna

::: ARTYKUŁY PRASOWE :::



Wierzę w sportowców

Rozmowa z Lechem Wałęsą, byłym prezydentem RP


- Ostatnio, częściej niż w garniturze, można pana zobaczyć w stroju sportowym podczas rowerowych przejażdżek. Głośno mówi się też o telewizyjnym programie wędkarskim, który Lech Wałęsa ma prowadzić. Jeśli dodać do tego pańską pasję do gry w tenisa stołowego, można postawić pytanie, jaką rolę odgrywa kultura fizyczna w życiu pana prezydenta.

- Sportem pasjonowałem się zawsze. Różnymi dyscyplinami. Dbałem o kondycję i formę. Określiłbym więc siebie jako wieloboistę. Dzisiaj, po latach doświadczeń, rozumiem, że z uprawianiem sportu trzeba uważać – jeśli chce się ostrzej potrenować, trzeba stosować rozgrzewkę. Nie można przeciążać organizmu, bo to odbija się na nim negatywnie. Nadal więc dbam o kondycję, lecz robię to z rozsądkiem. Szanuję również tych, którzy w sporcie sięgają do szczytów. Podziwiałem Krzyśkowiaka, Rabsztyn, Pietrzykowskiego, Szewińską i wielu innych. Imponowali mi swoją wolą walki, bo sam do ludzi walki się zaliczam. Nigdy jednak nie wiem, kto jest w sporcie większym mistrzem: czy ten, który zwycięża w szachach, czy ten, który triumfuje w boksie.

- Czy porównałby się pan, do któregoś ze sportowców?

- Takich porównań robić nie będę, bo wybitni sportowcy są mistrzami w innej klasie niż ja. W czasach zastraszenia i walki, w których ja działałem, nie sądzę, żeby sprawdzili się politycznie.

- Czym było dla pan prezydenta wniesienie flagi olimpijskiej podczas ceremonii otwarcia zimowych igrzysk w Salt Lake City?

- Początkowo odmawiałem, gdy składano mi propozycje wzięcia udziału w tej uroczystości. Nigdy bowiem nie uczestniczyłem w wielkich sportowych imprezach. Nigdy też w sporcie nie szukałem wsparcia dla swojej politycznej działalności. Obawiałem się więc, że moi wrogowie będą mówić, iż ciągle Wałęsie mało jest miejsca w polityce, że próbuje jeszcze „przykleić” się do sportu. Doszedłem jednak do wniosku, że skoro tyle mówimy o globalizacji, a wiek walki ideologiczno-ustrojowej kończy się z odejściem XX wieku, to warto żebym wziął udział w międzynarodowej imprezie, której reguły nie polegają na walce, lecz na pokojowej rywalizacji. Mój występ na igrzyskach miał więc pewne przesłanie. Myślę, że my, politycy, powinniśmy uczyć się właśnie takiej rywalizacji, jaka obowiązuje w sporcie. To moje przesłanie z Salt Lake City o zaprzestaniu walki i rozpoczęciu zdrowej rywalizacji na zasadach obowiązujących w sporcie jednak nie chwyciło.

- Ale sport to także rywalizacja nie fair. W Salt Lake City oszustwa również były widoczne. Wystarczy wspomnieć o sędziach łyżwiarstwa figurowego albo dopingu biegaczy narciarskich.

- Informacje o takich nadużyciach nie docierały do mnie. Widziałem natomiast ogromną radość tych, którzy zwyciężali i jedność kibiców dopingujących swoich faworytów. To cieszyło najbardziej podczas igrzysk, bo widać było, jak sport ogromnie ludzi jednoczy. Tego w telewizji zobaczyć nie można.

- Czy w Salt Lake City poznał pan Adama Małysza?

- Naturalnie. To bardzo fajny facet, tylko trochę taki leciutki. Można o nim powiedzieć: talent poparty pracowitością.

- Kibicom imponują nie tylko wyniki Małysza, lecz także jego skromność. A jak jest z pańską skromnością, panie prezydencie? W jednym z wywiadów wyznał pan, że za dwadzieścia lat w każdym polskim mieście stanie pomnik Lecha Wałęsy.

- Nie jestem samochwałą. Owszem, jestem zadziorny i charakter mam. O tym mówi mi także żona. Lubię też prowokować. Ale więcej mi dopisują, niż mówię w rzeczywistości. Ja nie potrafię walczyć o siebie. W momencie, gdy „zagrałem” o stanowisko, przegrałem. Zwyciężają natomiast ci, którzy kantują. Nie przejmuję się tym, bo wiem, że wszystko załatwiałem uczciwie. Myślę więc, że także sportowcy, którzy grali fair, a jednak przegrali, mogą zachować spokój sumienia. Jako człowiek wierzący w Boga wiem, że te wszystkie zaszczyty publiczne i oklaski w ostatecznym rozrachunku znaczenia nie mają. Liczy się tylko głos sumienia.

- Kondycja polskiego sportu dobra nie jest. Widzi pan jakiś sposób na rozwiązanie jego problemów?

- Finansowanie sportu to jedna sprawa. Jednak ważniejszy od niej jest wymiar ludzki tej dziedziny. Sądzę, że tak jak polityka, również sport powinien się zmienić. Nie można w nim stawiać na technologie, śrubowanie wyników za wszelką cenę i sztuczną albo nadmierną hodowlę muskułów. Przyjdzie czas, gdy kibice będą mieli dosyć tych wszystkich sztuczek obecnych w sporcie. Skłonny byłbym nawet popierać bardziej sport amatorski, bo on zachowuje czystość i uczciwość reguł rywalizacji. Takie podejście do kultury fizycznej rozwiąże wiele jej obecnych problemów, nie tylko w Polsce ale też na świecie. Wierzę w tę odmianę, wierzę w sportowców.

- Jak pan ocenia występ naszych reprezentantów podczas mistrzostw świata w Korei?

- Cóż... Sytuacja była naprawdę przykra. Polska ma jednak tyle kłopotów, taki bałagan organizacyjny, że nie może pokusić się o jakieś znaczące sukcesy w piłce nożnej. Trzeba to zrozumieć. Zrozumienie nie oznacza jednak godzenia się z „zakrętem dziejowym”, na którym znaleźliśmy się obecnie. Trzeba działać, porządkować sprawy.

- Są w Polsce politycy, którzy na sporcie zbijają kapitał. Jednak ci sami ludzie, którzy z takim szacunkiem wypowiadają się o kulturze fizycznej, wydają decyzje o „obcinaniu” finansów na kulturę fizyczną. Jest to chyba jeden z przejawów politycznej obłudy?

- Niektórzy politycy, chcą sprzedawać wyborcom wszystko, co możliwe i niemożliwe. Robić to za pośrednictwem mediów. Clinton na oficjalne spotkanie ze mną spóźnił się dwadzieścia minut Zapytałem go więc, czy z jego zegarkiem coś jest nie w porządku. Odpowiedział, że nie mógł przyjechać punktualnie, ponieważ telewizja się spóźniła, a bez telewizji jego wypowiedzi nie dotarłby do ludzi. To jest właśnie polityczne sprzedawanie się. Tymczasem tegoroczny noblista, były prezydent Stanów Zjednoczonych Carter, w odróżnieniu od Clintona, ciężko pracował, a kiepsko sprzedawał. Przegrał wybory z Reaganem, bo o jego ciężkiej pracy wiedziało niewiele osób. Myślę, że gdyby ludzie bardziej kontrolowali polityków, uczestniczyli aktywniej w wyborach, a także rozumieli, jak politycy się zachowują i że wszystko potrafią wyborcom obiecać, to nie dawaliby się nabierać. Do końca jednak nie można sprawdzić, którzy politycy mówią prawdę, a którzy oszukują. Także w obietnicach dotyczących sportu.

- Niektórzy twierdzą, że bez farmakologii osiąganie w sporcie znaczących sukcesów nie jest możliwe. A czy w polityce można „grać” czysto?

- Historia uczy nas, że jest to, niestety,  prawie niemożliwe, ale ja nie tracę wiary w czystą grę.

- Politycy, którzy eksponują swój entuzjazm dla sportu, tacy chociażby jak Maciej Płażyński, Donald Tusk albo Grzegorz Kołodko, twierdzą, że polityka w pewnym sensie przypomina rywalizację sportową. Problem w tym, że w polityce jest ona bardziej bezwzględna i krwiożerca. Jakie jest pańskie zdanie na ten temat?

- Ta bezwzględność i krwiożerczość musi zaniknąć, bo – jak powiedziałem – wiek walki mamy już za sobą. W świecie rozumianym globalnie i demokratycznie nie może być mowy o nieczystej rywalizacji. Leży to w interesie wszystkich ludzi. Zarówno w polityce jak i w sporcie muszą zacząć obowiązywać takie same zasady. To znaczy: zwyciężają najmądrzejsi i najuczciwsi, najwyżej dochodzą ludzie najzdolniejsi. Takie jest założenie demokracji i jeśli nie zaczniemy go przestrzegać, będziemy zmierzać ku zagładzie. Jeśli bowiem będziemy iść w tym kierunku, w którym idziemy, to na wybory będzie chodzić coraz mniej ludzi, a w końcu pójdą do urn sami kryminaliści, a wtedy  zrozumiemy,  że trzeba było działać inaczej. Owszem, można nie chodzić na wybory, można nie należeć do partii, ale wtedy też nie powinno się protestować i narzekać.

- Brzmi to bardzo wzniośle. Wzniosłość ma jednak to do siebie, że często pozostaje pustosłowiem. Na przykład człowiek „Solidarności”, były minister sportu Jacek Dębski, okazał się zwyczajnym przestępcą.

- „Solidarność” Jacka Dębskiego nie była moją „Solidarnością”. Już na początku lat dziewięćdziesiątych twierdziłem, że trzeba zwinąć sztandary walki i budować demokrację w zupełnie inny sposób niż miało to miejsce w poprzednim okresie. Nie posłuchano mnie. Do władzy doszli ludzie, którzy ideą lat osiemdziesiątych jedynie zasłaniali się, szukając sposobu na załatwienie własnych interesów. Ale to nie znaczy, że wartości mojej „Solidarności” umarły. Jeśli dziesięciu sportowców „szprycuje” się, to nie znaczy przecież, że cały sport jest zły. Powtórzę jeszcze raz: wierzę w sportowców. Wierzę też w czystość polityki.

- Dziękuję za rozmowę.

                                                                                                        

Rozmowę przeprowadzono w 2002 r. dla magazynu „Budo Karate” oraz dziennika „Sport”.

 

Wojciech Szczawiński
12.03.2009


[INDEKS ARTYKUŁÓW]



© 1997-2017 Polska Oraganizacja Kyokushin Karate kyokushin, europe, kyokushinkai